Akt I
Rozdział 1 Chłód. Słońce zachodzi gdzieś za budynkami. Te są zniszczone — jak po bombardowaniu. Dziurawe, wybrakowane. Puste.
Szarość, chłodne kolory. Pośrodku plac. Może rynek. Na jego końcu drapacz chmur. Złamany, zmęczony, wypalony. Czuję strach. Albo raczej — niepewność. I stoję. Tylko stoję, wpatrzona w ten wieżowiec. Wokół cisza.
Otwarłam oczy. Leniwie. Powieki kleiły się do siebie, utrudniając przebudzenie. Zobaczyłam rozmazany znajomy pokój. Tak, to była moja sypialnia. Jeszcze godzinkę. Zamknęłam oczy. Przecież budzik nie dzwonił. Mogłam jeszcze spać.
Musisz wiedzieć, że miałam problem z zasypianiem. Można by powiedzieć, że cierpiałam na bezsenność. Ale gdy już zasnęłam, nie potrafiłam się obudzić. To chyba właśnie w tych momentach odsypiałam życie.
Ale… jest jeszcze druga ewentualność. Budzik dzwonił. Tyle, że go nie usłyszałam. Sięgnęłam po omacku nad głowę. Delikatnie przesuwając dłoń, szukałam opuszkami palców, gładkiej tafli ekranu. Był tam, gdzie zawsze. Zmrużonymi oczyma zerknęłam na oślepiający blask. Dziewiąta, trzydzieści osiem. Zmarszczyłam czoło. Jaki dziś jest dzień? Czy o tej godzinie powinnam jeszcze leżeć w łóżku? Zamrugałam. Sufit wydawał się obcy. Nie mój. Długo to jednak nie trwało. No tak. Dziś piątek. A o tej porze powinnyśmy już wychodzić. Otwarłam szeroko oczy i zerwałam się na równe nogi. Chłód podłogi przeszył stopy aż do łydek. Oczy wciąż odmawiały posłuszeństwa. Przetarłam je. Raz. Drugi. Trzeci. Pomogło. Ruszyłam przez przedpokój do pokoju Ali, mojej siedmioletniej córki. Drzwi były uchylone, a jej łóżko puste. Czas spowolnił. Ścisnęłam framugę. Obróciłam nerwowo głowę w kierunku salonu. Ale… co mogłoby się stać. Tutaj? Raczej nic. Echem po centralnej części naszego domku rozległ się dźwięk. Uderzenie talerza. Ktoś był w kuchni. Ruszyłam. Weszłam do kuchni. Ciasto z naleśników było niemal wszędzie. Podobnie jak rozsypana mąka i skorupki po jajkach. Ala. Stała na krzesełku, ubrana w za duży kuchenny fartuch, zrobiła mi śniadanie. Gdyby mnie obudziła, być może bym nie zaspała. Ale już wtedy wiedziałam, że po prostu dała mi się wyspać. Nabałaganiła, ale zadbała o mnie.
Miała sześć lat, ale jak widzisz była niezwykle zaradna. Czasem miałam wrażenie, że to ona opiekuje się mną. Z pewnością, chwilami tego potrzebowałam. Zdarzało mi się traktować ją jak niemal dorosłą. Chyba każdy rodzic czasem decyduje się na tę słabość. Na tę chwilę zapomnienia. A przecież była jeszcze taka mała. Za mała, by rozumieć to, co się działo.
— Mamo, mamo! — pisnęła radośnie. — Zrobiłam nam śniadanie. Naleśniki, jakbyś pytała — dokończyła zadziornie, ale niewinnie.
— Widzę — odparłam, przekładając skorupki jajek z hokera do zlewu.
Usiadłam. Oparłam głowę na rękach, pozwalając włosom swobodnie zwisać, niemal dotykając kuchennego blatu.
— Zaraz ci nałożę — dodała dumnie. — Spakowałam plecak, umyłam się. Byłam też uczesana, ale gotowanie strasznie męczy i się rozczochrałam — rzuciła rechocząc.
Uśmiechnęłam się. Podparłam głowę na obu dłoniach i zerkałam. Tak po prostu. O tym właśnie mówiłam.
Dorosła.
Prawie.
Nałożyła mi kilka częściowo spalonych, umiarkowanie dobrych naleśników. Wtedy czas zaczął ponownie płynąć. Zjadłam w pośpiechu. Zastanawiałam się w międzyczasie, czy nasz samochód nie odmówi mi posłuszeństwa. Nie był stary, tylko — jak mawiał mój były mąż — podstawowy. Cóż. Niska cena idzie w parze z jakością. Pomimo niespodzianek, jakie czasem lubi mi sprezentować, realizował pierwotne założenia. Przewoził z punktu „A” do punktu „B”.
Dziś pierwszym punktem będzie przedszkole. Później, kawa na rynku. Na wynos rzecz jasna i do wydawnictwa z pracami. Wtedy przypomniało mi się.
Rynek.
Plac.
Sen.
Śniłam.
Obraz wrócił nagle, jak błysk migawki. Szarość. Zimno. Puste okna drapacza chmur patrzące wprost na mnie. Coś tam było? W środku. Może się poruszyło… a może to tylko wiatr? Pamiętam to uczucie — szybkie bicie serca, nieprzyjemne jak lodowaty uścisk za kark.
— Mamusiu — wyrwała mnie z głębi myśli — znowu się spóźnisz?
— Pewnie tak. — Parsknęłam z uśmiechem, choć oczy mówiły prawdę.
— W przedszkolu — przeciągała końcówki — pani mówi, że to nieładnie.
— Tak myszko i ma rację. Ale nie zawsze ma się na to wpływ. Na szczęście — stuknęłam czubkiem nosa o jej nos — mam takiego świetnego pomocnika, który wszystko przygotował.
— To prawda.
Odpowiedziała z powagą. Niemal ze świadomością tego, ile dla mnie zrobiła i wciąż robi.
— Kochanie zostaw resztę — wskazałam na brudne naczynia — i spotykamy się przy drzwiach.
Pora na błyskawiczne przygotowanie się do wyjścia. Starałam się spakować. Dosłownie starałam. Z trudem znajdowałam potrzebne rzeczy. Rysunki. Plakaty. Wszystko, co miałam dziś zabrać do wydawnictwa. Ala czekała na mnie w bucikach, tuż obok drzwi. Ja wciąż krążyłam, nie potrafiąc się zebrać.
— Nie widziałaś mojego telefonu?
— Nie, mamusiu! Ale pewnie jest w łazience albo przy łóżku! — przesadnie krzyknęła zaraz po tym, jak zniknęłam za ścianą. — Pamiętasz, że dziś odbierasz mnie szybciej?
— Mam! Tak!
Potruchtałam do drzwi wejściowych i ubrałam buty. Ucałowałam ją w czoło, dziękując za wskazówkę z telefonem. Miała rację — łazienka. Wyszłyśmy.
Nasz dom stał na skraju polany. Kilka kroków za ogrodzeniem zaczynał się las, a za nim jezioro. Sąsiadów nie było. Tylko wiatr, drzewa i cisza.
Dom najlepsze lata miał już za sobą. Farba odchodziła od desek, drewno poszarzało od słońca. Co ranek planowałam odmalować go. No cóż. Minęło wiele poranków i jakoś do tej pory nie było kiedy.
Potrzebowałam tego miejsca. Tej pustki i izolacji. W mieście nie potrafiłam pracować. Tutaj zostawałam sama z ołówkiem, kartką i własnymi myślami.
Dotarłyśmy do punktu „B”. Odprowadziłam córkę do jej sali i bez zbędnych ceregieli, potruchtałam przez rynek do kawiarni.
— O jest! — zaczęła właścicielka kawiarni. — Nasza miejscowa artystka. pani Tamaro jak idą interesy w wielkim świecie?
Gdyby pani Hania zobaczyła moje konto bankowe, pewnie przestałaby używać takich określeń.
— Nieustające pasmo sukcesów pani Haniu. — Rzuciłam starając się uciąć poranną rozmowę.
Rozmowa z właścicielką jedynej w miasteczku kawiarni, była jak pocztówka z wakacji od dalekiej ciotki. Miło, że jest, ale nie do końca wiesz, co z nią później zrobić.
Dostałam kawę. Wzięłam powolny wdech bliska krawędzi kubka. Tak. Taka jak zawsze. Duża, czarna w podwójnym kubku. Żeby nie parzyło w dłonie.
Karta. Zbliżenie do czytnika.
Przeszłam przez rynek. Otaczały go niskie, maksymalnie trzypiętrowe budynki. Brakowało wieżowca. Szukałam porównania do swojego snu, który coraz to bardziej odchodził w czeluści niepamięci. Bez wątpienia, śniło mi się inne miejsce. Była to kilku sekundowa myśl, którą zaraz zastąpiła inna. Pojawiła się samoczynnie zaraz po tym, jak zobaczyłam niewielki szyld „Wydawnictwo Biały Kruk”.
Ciężko westchnęłam. Naciskając klamkę, zorientowałam się, że wszystkie moje prace wciąż leżą w samochodzie. Znowu. Przetarłam oczy. Kawa jeszcze nie zdążyła zadziałać. Kilka minut później znów stałam przy drzwiach wydawnictwa, tym razem z teczką pod pachą i częściowo chłodną już kawą w dłoni. Wdrapałam się na pierwsze piętro. Schody złowieszczo skrzypiały, zaznaczając każdy mój krok. Mimo, iż byłam raczej szczupła, każdorazowo delikatnie stawiałam każdy krok, licząc, że się pode mną nie zawalą.
— Nic nie mów. — Zaczął naczelny a zarazem właściciel, przechodząc między biurkami pracowników.
— Spóźniłam się wiem, ale…
— Mówiłem nic nie mów. Biały Kruk to małe rodzinne wydawnictwo. Wyobraź sobie, że są jeszcze ludzie, którzy cenią rzetelność. Zaliczam się do nich — zaznaczył — tak jak i moi klienci. No dobra, nie wszyscy. Ale twoje spóźnianie są moimi spóźnieniami. W ich oczach to ja nie doniosłem tematu.
— Mam — nie poddawałam się — wszystko gotowe. — Skwitowałam z uśmiechem.
Spojrzał na mnie przez zmarszczone oczy. Pokiwał głowa na boki aż w końcu kiwnął zapraszać do biura. Dość udolnie grał obrażonego. Przez chwile uwierzyłam. Wystawił rękę po teczkę z projektem. Delikatnie wyciągnął prace.
— Tami, są świetne. Jak zawsze! — rzucił z ekscytacją. — Rewelacja. O to właśnie chodziło klientowi. A przynajmniej tak sądzę. — dodał ciszej.
— Jak to?
— Widzisz. Świat oszalał. Internet. Klient już nie przyjeżdża osobiście. Nie ma spotkania, kawy, rozmów czy negocjacji. Teraz niewielu buduje relację. Zamiast tego to ja muszę biegać z domorosłymi artystami jego kurwa mać! Teraz byle bałwan może mieć wydawnictwo czy drukarnię. A nie. Przepraszam! — uniósł się, szeroko otwierając oczy. — Teraz to „Digital Press”. — Dokończył z nieudolnym angielskim akcentem. — Także wiem, tyle ile z e-maila. Po prawdzie nawet nie wiem, dla kogo wykonuje zlecenie. Jakim jest człowiekiem, jakie ma spojrzenie. Zasadniczo nie ma to znaczenia. To w końcu biznes. Ale jakoś tak nieswojo. Większość twarzy tych psia ich mać artystów — ułożył palce w znak cudzysłowu — widzę tylko na tylnej części okładki o ile nie posługują się pseudonimem artystycznym. Ukrywają się jakby była jakaś wojna i masowe polowania na inteligentów. Ale jebać — machnął ręką i ponownie obejrzał pracę. — Pewnie mu się spodoba. Masz niezwykły talent, tylko ślepy temu zaprzeczy.
— Dzięki — burknęłam odruchowo spuszczając wzrok na buty.
— Tami…Słońce. Czemu do cholery nie robisz tego cyfrowo? Teraz każdy chce raz, że na wczoraj, to na e-maila. Bo na insta wrzuci — skwitował robiąc rękoma znak cudzysłowu, po czym zamilkł na kilka chwil. — Co to w ogóle znaczy? — zapytał, chyba sam siebie. — Widzisz tego pajaca? — wskazał przez zakurzoną, starą metalową żaluzję, luźno zwisającą na wewnętrznej szybie, oddzielającą biuro od gabinetu. — To mój grafik. — powiedział ciszej, chrapliwie, nawet ponuro, jakby przyznał się do zdrady. — Skończył ASP i dotknął boga za palec. On tak myśli rzecz jasna. Artysta kuźwa.
— Grafik? — Zapytałam zmartwiona odrywając od ust kubek kawy.
Właściciel westchnął potwierdzająco.
— Ta. Dobrze wiesz, że wszystkie klasyczne zlecenie trafiają tylko do Ciebie. I to nie ulega zmianie. Jesteś dla mnie jak córka. Choć może bardziej wnuczka, i dlatego poczuwam się do obowiązku powiedzieć Ci, że jest ich coraz mniej. Musisz przerzucić się na komputer. Tak jak ja. Inaczej znikniesz.
Spuściłam wzrok na kubek. Teraz… teraz wiedziałam, że będzie trudniej. Nie chciałam prosić byłego męża o pieniądze. Nigdy. Nie dlatego, że by odmówił — wręcz przeciwnie, pomógłby bez mrugnięcia okiem. Ale dla mnie… to byłoby jak przyznanie, że sama sobie nie radzę. A tego nie znoszę. Mamy poprawne relacje, przyjacielskie nawet, przynajmniej z jego strony. Ja wciąż noszę w sobie pewien żal, którego nie potrafię się pozbyć.
A mimo to w głowie zaczęło mi się liczyć: ile mam, ile przyjdzie, ile odpłynie. I czy tym razem wystarczy.
— Rozumiesz co do Ciebie mówię?
— Tak — odparłam z wdzięcznym uśmiechem — Dziękuje ci za szczerość. I za wszystko co dla mnie robisz i robiłeś.
— Wyjeżdżasz gdzieś? Gadasz, jakbyś się żegnała.
— Nie…Ja po prostu…
— Widziałem twoją fakturę. Już Ci robię przelew. — Przerwał mi siadając do komputera.
Będzie na podatek… A on nie musiał tego robić. Otrzymywałam wynagrodzenie, dopiero po tym jak wydawnictwo, otrzymało je od klienta. Obydwoje dobrze o tym wiedzieliśmy. Ale on mnie znał. Widział moją reakcję. Zrobił to, bo był dobry. A ja, mimo iż bardzo chciałam, nie potrafiłam mu przeszkodzić.
— Poszło. — Skwitował ściągając grube okulary. — Nie mam nic nowego, ale jest kilka tematów na tapecie. Dam znać.
Potrząsnęłam głową i uśmiechnęłam się. Ale tylko na zewnątrz. Wychodząc dumnie patrzyłam przed siebie. Artystka. W środku upadła. Zatrzymałam się na schodach. Zaskrzypiały a ja wpatrywałam się w telefon. Wpisałam: „kurs graficzny”. Nie nacisnęłam szukaj. Zawahałam się.
Wsiadłam do samochodu i przekręciłam raz kluczyk. Diody rozbłysnęły a Ja kurczowo trzymałam kierownicę. Palce drętwiały, paznokcie wbijały się w skórę. W ustach czułam metaliczny smak. Powietrze gęstniało. Nie było czym oddychać.
Krzyknęłam. Krótko. Gardło zapiekło. Uderzyłam pięścią w kierownicę. Raz. Drugi. Trzeci. Ramiona bolały, ale nie przestawałam, jakby od tego zależało życie.
W końcu opadłam. Głowa ciężko osunęła się na kierownicę. Cisza. Tylko moje przyspieszone tętno dudniło w uszach.
Od miesięcy trzymałam w sobie to samo — strach, samotność, bezradność. Od kilku tygodni także zmęczenie spowodowane brakiem snu. Teraz wszystko wyszło jednym tchem.
Kiedy oddech w końcu się wyrównał, po prostu siedziałam. Patrzyłam przez szybę, nie widząc nic. Cisza po tym wybuchu była jeszcze cięższa. Ale gdzieś pod spodem było coś jeszcze — cień ulgi, że pozwoliłam sobie na ten moment. Cała energia ze mnie uszła. Zamknęłam oczy. Nawet nie wiem, kiedy.
Ciemność. Nie ta zwykła — tu nie ma nawet powietrza. Idę, choć nie czuję, by moje stopy dotykały ziemi. Z daleka błyska coś jak światło latarni, ale gasnące w rytmie mojego oddechu.
Pod nogami śnieg. Czołgam się. Strach. Wiem, że nie jestem sama. Słyszę drugi oddech, cięższy, nieregularny.
Przede mną — drzewo. Nagle. Wcześniej go nie było. Pochylone, z czarnymi gałęziami, które skręcają się jak ręce, chcące mnie złapać. Pod nim ktoś stoi. Twarz rozmazana, jakby za szybą pełną lodu. Nie rusza się, ale czuję, że patrzy.
Chrzęst lodu. Zbliża się.
Krok.
Krok.
Krok.
Otwarłam oczy. Zamrugałam. Gdzie jestem? Spojrzałam w prawo. Policjant pochylał się do szyby. Co on tu robi? Przetarłam zaśliniony policzek i otwarłam powoli szybę.
— Wszystko w porządku? — zapytał oglądając wnętrze zza szyby.
— Tak. — Odpowiedziałam rozglądając się po samochodzie. A może zapytałam?
— To proszę odjechać. Można tu stać tylko trzydzieści minut.
Trzydzieści minut. Przecież o wiele krócej byłam w wydawnictwie. Sięgnęłam po telefon. Było po trzynastej. Zasnęłam. Zasnęłam i spałam prawie dwie godziny! Spojrzałam poniżej. Dziewięć nieodebranych połączeń. Sześć z przedszkola, trzy od Pawła — byłego męża. Wtedy do mnie dotarło. Ala! Miałam ją odebrać!
— Tak już ruszam — rzuciłam do mundurowego przekręcając kluczyk w stacyjce.
Samochód zawył, stopniowo gasnąc i…nic. Nie odpalił. Kolejna próba. To samo. I znowu. Głowa swobodnie, ale ciężko opadła na kierownicę. Ponownie usłyszałam pukanie do szyby. Podniosłam leniwie głowę. Ten sam, funkcjonariusz. Lekko się uśmiechał, jakby usłyszał dobry, ale stary żart.
— Chyba jednak potrzebuje pani pomocy — skwitował.
Koniec pierwszego rozdziału · Drapacz snów — Marek Klein
Wróć do strony ↑